Lotos – brzydka panna na wydaniu
26 stycznia 2012 | Autor Kamil Zając | Kategoria: Misja specjalna
Po fiasku znalezienia inwestora strategicznego dla Grupy Lotos w zeszłym roku, fiasko poniosła obywatelska inicjatywa „Polski Lotos” mająca ustawowo zatrzymać w rękach państwa większościowy pakiet akcji spółki. Spór o to czy i jak prywatyzować drugą pod względem wielkości firmę paliwową w Polsce przeradza się w grę polityczną, która odwraca uwagę zainteresowanych od meritum sprawy.
Ze strony rządu nie ma jasno sformułowanych planów działania wobec spółki. Kilkukrotne przenoszenie terminu składania ofert na 53% akcji w ubiegłym roku powinno być sygnałem, że przyjęta strategia nie jest dobra. W efekcie projekt rządowy upadł, a skompromitowana tym administracja nieodpowiedzialnie rzuca hasła dotyczące dalszych planów. Z jednej strony nie wyklucza prywatyzacji na giełdzie. Z drugiej strony nie odcina się także od pomysłu przejęcia spółki przez PGNiG. Jedyne co jest pewne w tej sprawie to fakt, że w prywatyzacji nie weźmie udziału PKN Orlen.
Pewne jest także to, że obecne wydarzenia nie sprzyjają spółce, która jest w sytuacji sporego zadłużenia i potrzebuje dokapitalizowania. Mamy więc sytuację, w której część polityków podpisujących się pod projektem obywatelskim ustawy podkłada rządowi gotowe rozwiązania. Wartość tych rozwiązań rząd ocenił negatywnie, odrzucając je w całości. Argumenty strony rządowej to między innymi braki i błędy „legislacyjno-redakcyjne”, czy zapisy stanowiące podstawy do zarzutów ze strony Komisji Europejskiej. Oczywistym był też od początku zarzut o konsekwencje finansowe – 3 mld złotych z budżetu państwa na wykup dodatkowych akcji grupy i jej spółek-córek.
Co istotne w tej debacie, to pojmowanie „interesu” przez różne strony sporu. We wczorajszym wydaniu Dziennika Polskiego Andrzej Szczęśniak – analityk rynków paliwowych – stwierdza wprost: „Takich przedsiębiorstw jak Lotos nie powinno się pochopnie sprzedawać zagranicznym inwestorom”. – Mówienie o wolnym rynku w przypadku sektora energetycznego jest nieporozumieniem. Może nas to oburzać, ale fakty są takie, że silne państwa realizują swoje polityczne cele przez działania w sferze gospodarczej – dodaje. Zgadza się także, że obecnie spółce potrzebne jest skuteczne zarządzanie bez udziału czynnika politycznego.
Prezes Grupy Lotos Paweł Olechnowicz w maju dla 2011 roku w wywiadzie dla RMF stwierdził natomiast: „Myśląc o prywatyzacji Lotosu mówimy tu o sprzedaży 53 procent. Więc trzeba zakładać, że przejmujący taki pakiet będzie chciał narzucić swój system zarządzania”. Zarówno prezes spółki, jak i urzędnicy odpowiedzialni za proces pozyskiwania inwestora wielokrotnie powtarzali, że najważniejsze jest teraz zabezpieczenie rozwoju spółki. „Swój system zarządzania”, o którym wspomniał prezes Olechnowicz rodzi jednak sporo obaw w perspektywie czasu i sytuacji energetycznej, oraz politycznej w naszej części kontynentu.
Warto przypomnieć, że plan rozwoju Grupy Lotos – Program 10+ – to „jedno z największych przedsięwzięć realizowanych w polskiej gospodarce do 2010 roku”. Kosztował 1,43 mld euro i zdobywa po dziś dzień liczne nagrody, w tym statuetkę Business Innovation Award podczas XX Forum Ekonomicznym w Krynicy.
Postronnego obserwatora powinno zdziwić więc, dlaczego rząd w ogóle chce prywatyzować spółkę o tak strategicznym znaczeniu? Przypomnijmy również, że Grupa Lotos posiada koncesje na poszukiwanie gazu łupkowego w Polsce i na Litwie. We wrześniu 2011 prezes Olechnowicz zakładał że przychody spółki osiągną w tamtym roku 25 mld złotych, stwierdzając jednocześnie, że w kolejnych latach będą się powiększać. Zysk netto szacowany był na 1 mld złotych. Dziś z kolei premier Donald Tusk stwierdził, że 3 mld złotych na realizację projektu obywatelskiego to „nieodpowiedzialność finansowa”. Proces prywatyzacji zakończony fiaskiem miał dostarczyć skarbowi państwa około 3,5 mld złotych. Jako ciekawostkę można przytoczyć fakt, że w 2010 roku prezes Lotosu z tytułu pełnienia funkcji zarobił ponad 300 000 zł. Na podobnym poziomie kształtowały się zarobki pozostałych członków zarządu spółki.
Trzeba sobie zadać pytanie jakie korzyści, oprócz jednorazowego dofinansowania budżetu kwotą 3,5 mld złotych, niesie za sobą prywatyzacja spółki, której zysk netto wynosi 1 mld złotych? Wiadomo jakie niesie za sobą straty. Brak kontroli nad strategią zarządzania, możliwość przeniesienia siedziby i straty z tytułu podatków dla regionu, czy współpracy z lokalnymi przedsiębiorstwami to tylko część z nich. Utrata dochodów z koncesji łupkowych czy tych na Morzu Norweskim, czy w końcu utrata panowania nad sytuacją zatrudnienia pracowników nakazują zastanowić się ponownie nad sensem tej prywatyzacji.


